..klub “wstajemy o drugiej w nocy” zebral sie z trudem o 2.30 i wyruszyismy malym mikrobusem wkierunku kanionu Colca. Po pieciu godzinach nocnej jazdy (zamarzly nam szyby z zewnatrz), zaliczyismy po drodze jedna przecz ok 4600m npm i o swicie dotarlismy na obrzeza najgebszego kanionu swiata. Sniadanko w lokalnej wiosce, ostatnie zakupy litrow wody na calodzienny marsz w upale i gesiego ruszylismy dwudziestokilometrowa trasa na dno kanionu.
Noc w Colce jest niesamowita. Cisza masywnych scian kanionu z jednej strony przeraza, a z drugiej fascynuje. W oazie jest kilkaukochanych przezemnie drzew palmowych, ktore zawsze,nawet w ciemonosci, kojarza mi sie z wakacjami. Najwieksze jednak wrazenie robi niebo poludniowej polkuli ktore widze po raz czwarty w zyciu. Niebo jasne od milionow gwiazd, widac wyraznie wstege drogi mlecznej. A tuz nad horyzontem wznosi sie majestatycznie krzyz poludnia. Zawsze chcialem go zobaczyc, a moje marzenie spelnilo sie w 2005 roku podczas wyprawy do Zimbabwe. Od dziecinstwa kojarzyl mi sie z egzotyka, opowiesciami o odkrywcach i piratach, z najwieksza przygoda. Dzis jest znow z nami. Wykorzystuje to zeby pokazac chlopakom jak za jego pomoca wyznaczyc strony swiata. Zachwycam sie jeszcze przez chwile “okolicznosciakmi przyrody”, chce je dobrze zapamietac. Palmy + krzyz poludnia... odplywam...
Kolejny dzien zaczyna sie juz po pieciu godzinach (!) w srodku nocy (zgadnijcie o ktorej?:). Zakladamy bardzo cieple rzeczy, latarki czolowe na kapelusze, pijemy herbate z koki i ruszaamy na najbardziej strome podejscie w zyciu. Dzis mamy za zadanie wyjsc z kanionu, tylko ze trasa jest ultra stroma – mamy do pokonania roznice 1,2km w pionie.! I musimy to zrobic noca, bo podobno jak w dzien przygrzeje slonce to warunki sa nie do zniesienia. Odpalam latarke i zaczynam wspinaczke. O k**wa...
... jest cholernie ciezko. Grupa bardzo szybko sie rozciaga, na przedzie Tomek z niezmordowana kondycja, w tyle gdzies osoby ktore wczesniej mialy problemy z podejsciami, teraz cierpia jeszcze bardziej. Ksiezyc wysoko wisi nad nami. Szare skaly z nieziemskimi cieniami. Krajobraz jak z zaswiatow, czuje sie jak Frodo idacy przez Mordor. Pot leje sie z czola, a w jednej trzeciej trasy zakladam jeszcze dodatkowy polar bo robi sie coraz zimniej. Spogladam raz po raz w gore, widze nad soba latareczke tabiego, gdzies w oddali jest Tomek. slysze za soba Gilberta, Sebe, Marcina. Ale zeby ich zlokalizowac na kretej sciezce trzeba sie zatrzymac, co niestety robie dosc czesto, bo z wysokoscia czuje jak rozrzedza sie powietrze. Jest coraz ciezej zlapac oddech. Jedynym pozytywem jest to ze z kazda buteleczka wypitej wody plecak robi sie coraz lzejszy. Zeby nie stracic sil i koncentracji jemy zele i batoniki energetyczne, choc niewiele to pomaga. Wspinaczka wydaje sie nie miec konca. W pewnym momencie spogladam w dol i prawie podsoba widze kilka swiatelek, chlopaki walcza dzielnie. Robi sie szaro... jeszcze nie swit, niebrzask nawet, raczej obietnica dnia. Kiedy juz myslalem ze droga sie nie zakonczy dostrzegam zarys drzewa na grani. Idacy przede mna Marcin zapewnia ze to juz koniec wspinaczki. Rzeczywiscie, kilka chwil i widze otulonych w spiowry chlopakow. Tomek bylpierwszy (ca co dostaje superAsiora dnia), jest tez Seba, Marcin i Juras. Chwile pozniej pojawia sie kolejna grupka. Czekamy na reszte. Szybko okazuje sie ze Muniu nie dal rady bo wjezdza na osiolku (mial duze szczescie bo akurat jakis wiesniak go mijal i dogadali sie na transport w gore ostatniego odcinka 1/3 trasy za symboliczne 20 soli) Na ostatnioch wspinaczy czekamy opatuleni w spiworach godzine. Jest tak zimno ze koszulki suszace sie na krzakach zamarzly, tak jak i woda w strumyku ktory mijami. Swit. Idziemy do pobliskiej wioski na sniadanie, zmarznieci, wykonczeni, glodni... dzien dopiero sie ma zaczac.
Nasze zezwierzecenie osiaga kolejny poziom. Jestesmy cali pokryci pylem i potem. Wielu z nas ma odparzenia, ale to sa jakby naturalne kwestie zwiazane z wyprawa. Umawiamy sie ze jak ktos bedzie za bardzo smierdzial to bedziemy sobie o tym otwarcie mowic :) Natomiast nasza zmeczona psychika ma kolejna rozrywke – na placu we wsi zebralo sie z dziesiec psow, walcza o mala niezgrabna suczke (dwa psy w ogole w tej sprawie jakwidac wspinaly sie z nami az od samej Oazy!!!) Ogolna napierdalanka, kibicujemy ktory piesek ja dopadnie, czy wygladajacy jak Chewbacca wlochacz, czy lokalny kundel o ksywce “rambo”. Totalne zdziczenie intelektualne:))))
Po podwojnym sniadaniu ruszamy na poludnie, do Puno. Po drodze obserwujemy majestatycznie krazace nad skalami kondory.
Ruszamy dalej malownicza trasa ktora z wyjatkiem gor na horyzoncie przypomina australijskie pustkowia. Droga dluzy sie, ale wiekszosc z nas odsypia w autobusiku, a ja wykorzystuje ten czas aby przygotowac kolejny wpis do bloga. Do Puno nad jeziorem TitiTaca docieramy pozmroku. Wyglada to malofajnie, widac ze biedne poludnie. Dotego szklo i kamienie na ulicach bo w miescie caly dzien byly zamieszki. Docieramy do hotelu ktory z zewnatrz wyglada tak ze strach sie bac, a w srodku okazuje sie byc wrecz wspanialy. Robimy pranie i padamy. Jutro caly dzien nad jeziorem i szansa na wyspanie sie...w koncu.
Szybkie podsumowanie dnia:
tekst dnia: “czy nie lepiej bylo by sie wyspac niz zapierdalac pod gore ogladac te pelikany (Baron o wycieczce w celu ogladania Kondorow)
asior dnia: tomek za wejscie bez przerwy na gore oraz
juras za cztery kolce kaktusa w tylku (usiadl sobie na nim zmeczony po wspinaczce).
pipa dnia: Muniu za wynajecie osiolka podczas trekingu:)
Z informacji ogolnych – dzis ostatni nasz pelen dzien w Peru. Z nad jeziora Tititaca ruszymy juz do Boliwii. Mija pierwszy tydzien wyprawy, za razem tydzien najbardziej cywilizowany. W Boliwii bedziemy przez 5dni plynac lodziami przez dzungle, bedziemy tez 3 dni podrozowali jeepami przez pustynie. Moral z tego taki ze wpisy na blogu beda pojawiac sie nieregularnie ze wzgledu na odciecie cywilizacyjne. Aha- jezcze jedno- w przygotowywaniu wpisow do bloga mega pomaga mi Gilbert! Dzieki!!!
KURWA JESTEŚCIE CUDOWNI !! CZYTAM WSZYSTKO Z MEGA ZAPAŁEM !!
ReplyDelete